Logogram strony

Myśliciel A.Rodin

Rozmiar tekstu

Maria Jarosz, Marek W. Kozak, Eksplozja nierówności, Instytut Studiów Politycznych PAN, Oficyna Naukowa, Warszawa 2015

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

Książka zawierająca kompendium wiedzy o rodzajach, źródłach i skutkach nierówności i wreszcie, co można robić aby im przeciwdziałać. W tej ostatniej sprawie autorzy cytują znamienne słowa Marcina Króla (s. 128): „Nic nie robiąc, hodujemy siły, które zmienią świat po swojemu”.

We wstępie autorzy piszą: „Polska XXI wieku do kraj rosnących nierówności. Materialnych, społecznych, edukacyjnych, politycznych czy etnicznych. I wielu innych, wśród których ważne jest też zróżnicowanie materialne.” Piszą też, że „…nierówność społeczna polega przede wszystkim na nierównym podziale dochodów i prestiżu społecznego.”

Mnie szczególnie zainteresował fakt, że po stronie globalnych przyczyn nierówności autorzy widzą m.in. „mechanizm dominacji sfery finansowej nad wytwórczą”, co ich zdaniem było jednym ze źródeł ostatniego kryzysu światowego. Przekładając to na mniej hermetyczny język, na spekulowaniu akcjami, czy też — coraz częściej — tzw. instrumentami pochodnymi, można zarobić w krótkim czasie setki i tysiące razy więcej niż przy podobnym nakładzie pracy, gdy tworzymy produkty i usługi rzeczywiście podnoszące dobrobyt społeczeństw.

Zdaniem autorów jednym ze zjawisk wiążących się z narastaniem nierówności jest prekariat jako nowa grupa społeczna składająca się z osób zatrudnionych na elastycznych formach zatrudnienia. Duże grupy wśród prekariatu stanowią ludzie młodzi, a także ludzie kultury. Do powstawania klasy młodych prekariuszy z pewnością przyczynie się słaba edukacja młodzieży zwana niekiedy „oszustwem edukacyjnym”. Wydatki na edukację w Polsce są najniższe ze wszystkich prawie państw europejskich. Szczycimy się (s. 178) wysokimi wynikami testów PISA na poziomie 18 punktów ponad średnią OECD, jednakże jednocześnie jesteśmy 19 punktów poniżej średniej OECD w zakresie umiejętności rozwiązywania problemów przez młodych Polaków.

„Konsumpcja” edukacji, bardziej niż innych dóbr wskazuje też, na nierówności w naszym kraju. Podczas gdy bogaci wydają na żywność kwoty coraz bliższe wydatkom biednych, na edukację wydają siedmiokrotnie więcej (s. 90).

Wymienione zagadnienia nie wyczerpują oczywiście tematyki poruszanej w książce, a ich wybór jest jedynie wynikiem moich subiektywnych zainteresowań. Dla uzupełnienia dodam więc, że poważne fragmenty książki zostały poświęcone również takim tematom jak samobójstwa (wykluczenie z życia), korupcja, a także kluczowe bariery rozwojowe.

Dembiński Paul H., Beretta Simona, Kryzys ekonomiczny i kryzys wartości, Wydawnictwo m, Kraków 2014

Ocena użytkowników: 5 / 5

Star ActiveStar ActiveStar ActiveStar ActiveStar Active

Simony Beretty to głęboka analiza głównych źródeł wielkiego kryzysu lat 2008 – 2012 przeprowadzona z perspektywy ekonomicznej oraz aksjologicznej. Autorzy, jak wielu innych, wskazują przede wszystkim na erozję zjawiska zaufania, o którym piszą (s.69), że jest tlenem dla rynków finansowych. Sięgają jednak głębiej w poszukiwaniu źródeł tego zjawiska wskazując na uwodzicielski światopogląd wywodzący się z charakterystycznych dla naszych czasów dezorientacji i pomieszania, które doprowadziły do szkodliwego ulokowania zaufania w technikach finansowych:

  • pomieszanie finansów jako środka do celu i jako celu samego w sobie (…),
  • pomieszanie konkretnego partnera transakcji z anonimowym, pozbawionym twarzy rynkiem (…)
  • pozbawione wrażliwości wymiany pomiędzy teraźniejszością i przyszłością, a często też przeszłością (operacja międzyokresowe, przyp. AJB) (…),
  • pomieszanie rzeczywistości faktycznej i wirtualnej (...).

Wskazują też na szkodliwe asymetrie narosłe pod koniec XX wieku, a w tym na asymetrię pomiędzy pracą a kapitałem. W tym ostatnim przypadku nastąpiło wypieranie w przedsiębiorstwach wartości pracy na rzecz wartości kapitału, co powoduje między innymi, że wielkie firmy interesują się bardziej fuzjami i przejęciami, niż dostarczaniem użytecznych produktów i usług. Kwestia zwrotu z kapitału zyskała najwyższy priorytet, któremu podporządkowani zostali pracownicy, klienci i dostawcy. Inne towarzyszące tej asymetrii zjawisko, to oderwanie cen dóbr od ich rzeczywistej (użytkowej) wartości, na rzecz ich wartości spekulacyjnej (s.37).

Rozwiązanie problemów niszczących dzisiejsze gospodarki świata autorzy upatrują  w przebudowaniu systemów wartości, na których czele stałoby dobro wspólne stanowiące jądro katolickiej nauki społecznej (s.95) i obejmujące solidarność, pomocniczość, opcję preferencyjną na rzecz ubogich, wyniesienie pracy ponad kapitał itd.

Zdaniem autorów dobro wspólne powinno stać się też podstawą do wyznaczania kierunków zarządzania przedsiębiorstwami. To oznaczałoby fundamentalną zmianę paradygmatów efektywności na urodzajność i transakcyjności na relacyjność (s.148):

Współczesny świat, oddany przytłaczającej władzy etosu efektywności, poświęca owoce swojej przyszłej urodzajności dla teraźniejszych rezultatów. Zbierając to, czego nie posialiśmy, wyczerpujemy wszystkie zasoby — wliczając w to naszą przyszłość, którą w ostatnich latach dla bieżących korzyści ograbiliśmy i obciążyliśmy jej hipotekę. Każda odmiana urodzajności wymaga ciszy, spokoju, bezczynności — czyli rzeczy, które z punktu wodzenie natychmiastowej efektywności zdają się być stratą. Urodzajność jest obietnicą, a nie pewnością (…)

W codziennym życiu napięcie pomiędzy wymaganiami efektywności i wymaganiami urodzajności stają się czytelne, gdy zestawiamy kwestie transakcji i relacji. (…) Podczas gdy transakcje są anonimowe i zdepersonalizowane, relacje — wręcz przeciwnie: są węzłami współpracy. Tylko wtedy, gdy strony mogą się wzajemnie poznać i zrozumieć swoje specyfiki, mają szansę zbudować relację (…).
Transakcje, przez swoje oddanie idei natychmiastowej efektywności, są w stanie dostarczyć od ręki każdą rzecz, która może zostać pozyskana od razu. Natomiast relacje są przestrzenią urodzajności — równoważą owoce dawnych wysiłków z nasionami przyszłych rezultatów.

Pod koniec książki autorzy stawiają pytanie: jak wielu będzie miało dość odwagi i wiary, by porwać się na stworzenie struktur dobra wspólnego i puścić tę machinę w ruch?

W mojej osobistej ocenie pionierzy takich postaw już się pojawiają, co można przeczytać m.in. w kilku książkach recenzowanych na niniejszej witrynie ksiązkach:

a także na stronie poświęconej firmom turkusowym

John Kenneth Galbraith, Gospodarka niewinnego oszustwa - Prawda naszych czasów, MT Biznes 2005

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

Zdaniem Petera F. Druckera, wyrażonym i szeroko omówionym w jego książce "Społeczeństwo pokapitalistyczne", formacją która nastąpi, a właściwie już następuje, po kapitalizmie nie będzie — jak wieszczyli marksiści — socjalizm, ale społeczeństwo wiedzy.

Głównymi aktorami sceny gospodarczej epoki feudalizmu byli właściciele środków produkcji, a więc ziemi i warsztatów rzemieślniczych. Handlowy obrót tymi dobrami praktycznie nie istniał. W kapitalizmie, gdy na skutek rozwoju nauk przyrodniczych i technicznych zaczęto masowo wytwarzać przemysłowe i rzemieślnicze środki produkcji, stały się one dostępne w obrocie handlowym. Aktorami sceny gospodarczej zostali więc posiadacze kapitału i tak właśnie pod koniec XVIII wieku narodził się kapitalizm. Z tego punktu widzenia socjalizm to jedynie kapitalizm państwowy. Kapitalizm jednego kapitalisty, którym jest państwo. To nie żadna forma społecznie wyższa, ale forma społecznie i gospodarczo wynaturzona.

Licząc feudalizm jako pierwszą epokę gospodarczą nowożytnych dziejów świata, dziś wkraczamy w trzecią, bo jak kiedyś środki produkcji, tak dziś można (w bankach) kupić pieniądze. I to w praktycznie każdej ilości. Trzeba tylko umieć nimi korzystnie obrócić, a więc być posiadaczem wiedzy. Ten stan rzeczy Drucker nazwał społeczeństwem wiedzy. Brzmi pięknie. Mnie samego uwiodła ta idea, czego dałem wyraz w mojej "Doktrynie jakości".

Inną wersję społeczeństwa wiedzy ogłosił na pół wieku przez Druckerem amerykański socjolog Jamesa Burnham i nazwał ją menedżeryzmem. To też w jakimś sensie społeczeństwo wiedzy, tyle że wiedzy przede wszystkim związanej z zarządzaniem wielkimi korporacjami. I o tym właśnie pisze John Galbraith, choć tego zjawiska nie nazywa menedżeryzmem, ale korporacyjną biurokracją.

Zdaniem autora korporacyjna biurokracja dysponująca potężnymi środkami wpływania na stan umysłów buduje i utrzymuje pewne tradycyjne przekonania o kształcie świata, które już dawno przestały być prawdziwe. I to właśnie ma na myśli pisząc o oszustwach:

Wbrew oficjalnym poglądom na ekonomię i gospodarkę, korporacjami nie rządzą już właściciele, ani nawet ich rady nadzorczej, ale menedżerowie. To oni podejmują najważniejsze decyzje, to oni sami sobie wyznaczają monstrualne wynagrodzenia. Efektywną siłę we współczesnym przedsiębiorstwie (…) stanowią kierownicy, nie zaś właściciele kapitału. (…) Kapitalizm ustąpił kierownictwu oraz biurokracji, znaczenie właścicieli jest pozorne — jest fikcją. Oto oszustwo — pisze Galbraith. I dalej: Nie ma istotnego poczucia winy (w tej sprawie, przyp. mój); bardziej prawdopodobne jest samozadowolenie.

Nie jest też prawdą, że to rynek decyduje o produkcji, że producent wytwarza to, co konsument chce kupić. Coraz częściej jest całkiem na odwrót:

W świecie realnym firma produkcyjna i przemysł posuwają się do wyznaczania cen i ustalania popytu, wykorzystując w tym celu monopol, oligopol, projekt produktu i jego wyróżnianie, reklamę oraz innego rodzaju promocję sprzedaży i handlu. (…) Wskazanie na system rynkowy jako łagodną alternatywę wobec kapitalizmu jest mdłym, pozbawionym znaczenia maskowaniem głębszej rzeczywistości korporacji — siły producenta rozciągającego swój wpływ, a nawet kontrolę, na popyt konsumencki. (…) O tym, że rynek jest poddany zręcznym i zdolnym kierownictwom, w nauczaniu ekonomii przeważnie nawet się nie wspomina. Oto oszustwo.

Dotyczy to również mechanizmów wyborczych:

Zarówno głosowanie, jak i wybór nabywcy są poddane potężnemu dobrze finansowanemu zarządzaniu reakcją publiczną. (…) Oto akceptowane oszustwo — także w dziedzinie nauczania akademickiego. (…) Wiara w gospodarkę rynkową, w której konsument jest suwerenem, jest jedną z najbardziej powszechnych postaci oszustwa. (…) Oszustwo to ma akceptowalne aspekty ceremonialne: jednym z nich jest rada nadzorcza selekcjonowana przez kierownictwo, w pełni podporządkowana kierownictwu, lecz wysłuchiwana, jakby była głosem akcjonariuszy.

Kolejne oszustwo to powszechnie szerzony pogląd, że biurokracja jest wyłączną domeną instytucji państwowych. Tymczasem biurokracja korporacyjna nie jest lepsza od państwowej, a na dodatek dysponuje znacznie skuteczniejszymi narzędziami manipulowania opinią społeczną (o czym wyżej). Galbraith dostrzega jednak różnicę pomiędzy korporacją a małą firmą rodzinną, o której wyraża się z sympatią:

Właściciel pracuje w swym przedsiębiorstwie; jest odpowiedzialny za jego kierunek i sukces. Jednakże, na małego detalistę czyha Wal-Mart. Na rodzinną farmę — wielkie przedsiębiorstwo produkcji zbożowej (…) Gospodarcza i społeczna dominacja wielkich firm jest jednak akceptowana.

Galbraith demaskuje też wiarygodność wielu prognoz finansowych, co zresztą nie przychodzi mu z trudem, bo ostatnie dwa wielkie światowe kryzysy dostarczyły aż nadto bolesnych dowodów.

Chodzi o to, że przyszłych wyników ekonomicznych gospodarki, przejścia od dobrych czasów do recesji czy depresji i na odwrót, nie da się przepowiedzieć. (…) Rady i wskazówki finansowe, choć bezwartościowe, mogą być przez pewien czas finansowo opłacalne. Potem przychodzi nadrzędna prawda.

Jako szczególnie wyrazisty przykład tej tezy Galbraith podaje przypadek Doliny Krzemowej, której firmy były wysoko cenione przez giełdowych brokerów. Ich wartości niezmiennie rosły, bo …, ich wartości niezmiennie rosły.

Rzeczone firmy były entuzjastycznie chwalone, a ich założyciele wciąż nagradzani. Autorzy prognoz byli dobrze opłacani, to nie było całkiem niewinne. (…) Na Wall Street ekonomiści nie ograniczali się do biernego przyjmowania nie upraszanych nagród. Woleli prognozować to, co przynosiło największe korzyści tym, którzy zlecali im przeprowadzanie badań.

Inna prawda, którą Galbraith poddaje w wątpliwość, to wpływ działań Rezerwy Federalnej na gospodarkę. Wiara w ten wpływ wynika z przekonania, że firmy wtedy inwestują, kiedy kredyt jest tani. Tymczasem prawda jest taka — z czym jako przedsiębiorca nie mogę się nie zgodzić — że firmy inwestują nie wtedy, gdy kredyt jest tani, ale wtedy, gdy koniunktura gospodarcza zapewnia dostateczny poziom pewności, że inwestycja się opłaci. Cena kredytu może zmienić decyzje inwestorów jedynie wtedy, gdy zmienia się dramatycznie, a więc o kilka lub kilkanaście punktów procentowych, ale nie o ćwierć punktu, a choćby i o cały!

Łagodne środki stosowane przez Rezerwę Federalną uważa się za najbardziej aprobowane, najbardziej akceptowane ze wszystkich działań ekonomicznych. Są także jawnie nieskuteczne. Nie osiągają tego, co — jak się zakłada — mają osiągnąć. Recesja i bezrobocie oraz boom i inflacja wciąż się utrzymują. Oto nasza najbardziej hołubiona, a przy bliższym zbadaniu najoczywistsza forma oszustwa. (…) Firmy nie zaciągają pożyczek i nie powiększają produkcji, której nie da się sprzedać.

Potęga i wszechobecność korporacji powodują, że gdy pojawiają się w ich obszarze działania nieuczciwe — jak na przykład we wskazanym przez Galbraitha przypadku firmy Enron — mogą mieć destrukcyjny wpływ na gospodarkę świata. Trzeba więc postawić im tamę na poziomie legislacyjnym.

Trzeba dostrzec, że właściwe zachowania korporacji wraz ze skuteczną regulacją leżą przede wszystkim w interesie publicznym. (…) Nikt nie powinien zakładać, że udział rad nadzorczych i akcjonariuszy w nadzorowaniu jest wystarczający. Środki naprawcze i zabezpieczenia muszą mieć siłę prawa. (…) Kierownictwo korporacji musi mieć siłę działania, ale nie na pozór niewinnej kradzieży.

Ostatnim aspektem podejmowanym przez Galbraitha jest polityka państw w obliczu recesji. Tu przeciwstawia się on typowej strategii walki z recesją przez ulgi podatkowe dla firm i ograniczanie wydatków socjalnych.

Recesja wymaga solidnego strumienia siły nabywczej, zwłaszcza dla potrzebujących, którzy będą wydawali. Tu skutek jest pewny, lecz jest też opór wobec bezużytecznego współczucia. Można tak odrzucić to, co najlepiej służy interesom finansowym kierowników. Mogą być finansowane nagrody, najczęściej ulgi podatkowe, dla społecznie wpływowych. Wobec braku potrzeby być może nie zostanie to wydane. Potrzebującym odmawia się pieniędzy, które z pewnością by wydali; zamożnym przyznaje się dochód, który niemal z pewnością zaoszczędzą.

*  * *

John Kenneth Galbraith (1908 – 2006) amerykańsko-kanadyjski ekonomista. Autor 31 książek, doktor honoris causa Harvard University, Oxford University, University of Toronto, a także uniwersytetów w Paryżu i Moskwie.

Refleksje po lekturze książki Thomasa Piketty „Ekonomia nierówności”

Ocena użytkowników: 5 / 5

Star ActiveStar ActiveStar ActiveStar ActiveStar Active

Jeżeli A, to jeżeli nie A to B

Teza umieszczona w podtytule niniejszego eseju to jeden z sylogizmów logiki Arystotelesa, a więc jeden z aksjomatów logiki, na której jest zbudowana (prawie) cała współczesna nauka. Przekładając go na bardziej zrozumiały język oznacza on, że jeżeli A jest prawdziwe, to z założenia, że A jest fałszywe można formalnie (naukowo!) udowodnić każdą tezę, a więc również tezę nieprawdziwą. Mój profesor logiki na Uniwersytecie Warszawskim — profesor Andrzej Mostowski — ilustrował to prawo następującym stwierdzeniem: „jeżeli miotła stoi w kącie, to jeżeli miotła nie stoi w kącie, to będzie wojna”. Inna historyczna anegdota donosi o dyskusji jaka miała  miejsce pomiędzy jednym z wielkich matematyków XIX wieku, a jego przyjacielem dyplomatą. Ten ostatni miał wystawić na próbę swojego rozmówcę zadając mu do wywiedzenia, że jeżeli 3 = 2, że on — dyplomata — jest papieżem. Matematyk odpowiedział tak: „Jeżeli 3 = 2, to, odejmując jedynkę od obu stron równania otrzymujemy 2 = 1. Ty i papież do dwie osoby, ale dwie, to jedna, a więc jesteś papieżem.”

Książka Piketty’ego jest poświęcona metodom zmniejszania nierówności majątkowych między ludźmi dla zrealizowania postulatu sprawiedliwości społecznej rozumianej jako (s.8) „faktyczna poprawa warunków życia osób znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji oraz skali uprawnień, które można zagwarantować wszystkim”.

Nie ujmując niczego temu postulatowi należy jednak zauważyć, że autor zdaje się nieszczególnie interesować wzrostem zamożności ludzi najmniej zarabiających, jeżeli nie idzie on w parze ze spadkiem zamożności najbogatszych. Jak sam jednak zauważa (s.26) „między rokiem 1870 i 1994 siła nabywcza robotnika zwiększyła się około ośmiokrotnie. Ten spektakularny wzrost stopy życiowej w ciągu ostatniego wieku kapitalizmu był zresztą wyraźnie taki sam we wszystkich krajach zachodnich.” Ów wzrost, z czego autor zdaje sobie sprawę, ale czego nie uznaje za ważne źródło wyrównywania nierówności społecznych, dokonał się dzięki kumulacji kapitału w firmach, a więc w rękach kapitalistów. Piketty odnosi się do tego faktu jedynie wtedy, gdy pisze (s.70): „Punkt widzenia prawicy, zgodnie z którym wzrost, a nie dystrybucja pomiędzy kapitałem a pracą, pozwala na prawdziwe podniesienie stopy życiowej (…) potwierdza się wyłącznie w długim okresie historycznym i nie ma żadnego znaczenia z perspektywy cyklu politycznego, ze zrozumiałych względów interesujących dla pracowników, których dotyczy". Temu twierdzeniu zdaje się przeczyć choćby historia ostatnich 25 lat Polski i naszych najbliższych sąsiadów, gdzie właśnie dzięki kumulacji kapitału w prywatnych firmach, które w latach 1990-tych zaczynały od produkcji w garażach i handlu z turystycznych łóżek, tak bardzo podniosła się średnia stopa życia. Nie trzeba sięgać do statystyk, by zauważyć, że ogromnej dziś masy towarów dla średnio zamożnych, takich jak pralki, telewizory, średniej klasy samochody itp. nie konsumują osoby najbogatsze, ale właśnie te średnio zarabiające.

Oczywiście nie można podważać faktu, że nadal istnieją w Polsce i na świecie zarówno obszary biedy, jak i wielkie fortuny, pytanie tylko, czy metoda janosikowa — zabrać bogatym, by dać biednym — powinna być jedyną metodą poprawy warunków życia najuboższych. A jeżeli już zabierać bogatym — co zdaniem lewicy jest sprawiedliwe, słuszne i zbawienne — to należy jeszcze zadać pytanie: na jakim etapie tworzenia i wykorzystania bogactwa należy prowadzić tę konfiskatę. Tego pytania w „Ekonomii nierówności” w ogóle nie dostrzegłem, choć autor pośrednio udziela na nie dość jednoznacznej odpowiedzi wielokrotnie postulując, że jedyną skuteczną formą jest opodatkowanie pracy i zysków z kapitału (np. s.124). Mówiąc w uproszczeniu, bogactwo bogatych najlepiej jest zabierać wtedy, gdy je tworzą, a nie gdy je konsumują. Oczywiście, gdy zabieramy w chwili tworzenia, ograniczamy nie tylko konsumpcję, ale też inwestycje w rozwój.

Alternatywną formą Janosikowego jest więc opodatkowanie konsumpcji, a nie zysków i przychodów z pracy. Tego jednak autor w ogóle nie bierze pod uwagę. Nota bene wydaje się, że sam Janosik opodatkowywał „panów” wyłącznie na etapie konsumpcji, bo pozbawiał ich nie źródeł bogacenia się, ale przedmiotów zbytku i pieniędzy na zbytek przeznaczonych. Dobrze wiadomo też, że również dziś podatki od konsumpcji (VAT, akcyza itp.) zbierają największe żniwo i są najskuteczniej egzekwowane.

Jednakże za jedyną godną uwagi formę wyrównywania nierówności Piketty uważa redystrybucję fiskalną, czyli państwową pomoc socjalną dla mniej zarabiających finansowaną z podatków płaconych przez więcej zarabiających, a nie więcej wydających. Jak słusznie też zauważa, działania związków zawodowych koncentrujące się na wyrównywaniu różnic płacowych, a w tym na podnoszeniu płacy minimalnej, są w tej mierze nieskuteczne (s.124): „(…) działania związków nieuchronnie prowadzą przedsiębiorstwa do korzystania z większej ilości kapitału i mniejszej ilości pracy oraz z większej ilości pracy kwalifikowanej w zamian tej niewymagającej kwalifikacji.”

Piketty zdaje się też stać na stanowisku, że każdy przedsiębiorca będzie za wszelką cenę maksymalizował zyski, więc jedyną drogą do skłonienia go, by sprawiedliwiej dzielił się swoim bogactwem, jest stosowana przez Państwo fiskalna opresja. Tymczasem dziś wiadomo, że firmy, które dobrze traktują pracownika — w tym finansowo — (vide np. badania Instytutu Gallupa, czy też indeks giełdowy Human Impact and Profit Paula Hermana), są statystycznie skazane na sukces finansowy. Piketty takich rozwiązań w ogóle nie bierze pod uwagę, być może właśnie dlatego, że niespecjalnie interesuje go równoległe podnoszenie poprzeczek dochodów pracowników i pracodawców. Jego interesuje przede wszystkim zbliżanie tych poprzeczek do siebie.

Piketty nie bierze też pod uwagę, że w bardzo wielu firmach rodzinnych, które we wszystkich praktycznie gospodarkach świata stanową przeważającą większość, najważniejszym celem właścicieli nie jest — jak chciałby Milton Friedman — maksymalizacja zysku, ale bardzo często uszanowanie wartości godnościowych, wśród których mieści się też godne traktowanie pracowników. Wielu takich pracodawców czerpie poczucie dumy i satysfakcji z faktu, że pracownicy są dobrze wynagradzani, a ich praca odbywa się w przyjaznym ekologicznie, technologicznie i społecznie środowisku.

Kolejnym błędem Pikkety’ego jest założenie, że człowiek przychodzi do pracy wyłącznie po pieniądze (s.134): „Dając temu pracownikowi wynagrodzenie wyższe od płacy rynkowej, mogą zmotywować go bardziej, gdyż pracownik ma wówczas świadomość, że coś straci, jeżeli zostanie zwolniony.” Oczywiście często dzieje się i tak, że jedyną korzyścią pracownika jest płaca, ale to też nie wszędzie, za to wszędzie tam, gdzie tak jest, praca jest najczęściej mało wydajna i niskiej jakości. W takiej sytuacji nie można też liczyć na lojalność pracownika — podkupi go każdy, kto da więcej.

Dziś w nowoczesnych firmach prosperity pracowników i właścicieli buduje się na zgodniej współpracy przy realizacji wspólnie wytyczanych celów, wśród których zysk bynajmniej nie jest jedynym, a często też i nie najważniejszym. W firmach rodzinnych celem nadrzędnym jest długowieczność. By móc przekazać firmę kolejnemu pokoleniu musi ona przerwać na rynku 20-30 lat. A aby tak się stało przez ten cały czas musi zaspokajać potrzeby wszystkim swoich interesariuszy: klientów, kontrahentów, pracowników, społeczeństwa, państwa i właścicieli. Zysk jest więc zawsze koniecznością, ale nie musi być celem. Co więcej, firmy, które tak właśnie widzą swoją misję, w efekcie zarabiają więcej pieniędzy.

Ryszard Petru, Koniec wolnego rynku? Geneza kryzysu, Narodowe Centrum Kultury 2014

Ocena użytkowników: 0 / 5

Star InactiveStar InactiveStar InactiveStar InactiveStar Inactive

Kogo interesuje geneza ostatniego kryzysu finansowego świata powinien tę książkę przeczytać. Oto co — w wielkim skrócie — udało mi się zrozumieć po jej lekturze w połączeniu z tym, co wiedziałem się już nieco wcześniej.

Na początku obecnego stulecia po pęknięciu tzw. bańki internetowej i atakach z 11 września 2001 roku świat stanął w obliczu recesji. W obawie przed nią amerykański bank centralny w latach 2001-2004 obniżał stopy procentowe, aż do poziomu 1 proc. To spowodowało zainteresowanie inwestorów nieruchomościami, kruszcami i surowcami. Dodatkowo rząd amerykański rozpoczął lansowanie idei „każdy Amerykanin właścicielem własnego domu”. Ta polityka miała nie tylko napędzać gospodarkę, ale też zwiększyć zdolność kredytobrania amerykańskich obywateli. W konsekwencji jednak zwiększało się ich zadłużenie, co zresztą nie było trudne, gdyż rząd rozpoczął wspieranie dwóch agencji — Freddie Mac i Fannie Mac — zajmujących się finansowaniem rynku mieszkaniowego. Ci, którzy kupowali domy, zaciągali kredyty na ich nabycie, a ci, którzy mieli je już spłacone — na konsumpcję. Nadmiar taniego pieniądza z czasem zaczął powodować poszukiwanie instrumentów finansowych zapewniających stopy zwrotu wyższe niż bankowe. I tak zaczęły powstawać instrumenty pochodne, których wartość brała się głównie stąd, że można je było sprzedać drożej, niż się kupiło.

Ta sytuacja do złudzenia przypomina bańkę spekulacyjną w Holandii związaną z handlem cebulkami tulipanów w XVII wieku. Przez kilka lat cebulki te osiągały ceny zupełnie oderwane od rynkowej wartości kwiatów. Na przykład w 1635 r. odnotowano sprzedaż 40 cebulek za 100 tys. guldenów co stanowiło równowartość 1000 ton masła. W 1637 roku doszło do pęknięcia bańki i w konsekwencji masowych bankructw. W najgorszej sytuacji byli ci, którzy na zakup cebulek pozaciągali kredyty.

Podobnie było w Stanach Zjednoczonych, a nieco później już praktycznie na całym świecie, bo globalizacja gospodarek powodowała rozlewanie się spekulacyjnej bańki daleko poza USA. Obywatele, firmy, banki a nawet rządy, zaczęły lokować pieniądze w wysoce rentowne instrumenty o wartości nie powiązanej z realnym rynkiem dóbr. Rosły sztucznie nadmuchiwane fortuny, a łączna wartość aktywów związanych z instrumentami pochodnymi dziesięciokrotnie przekraczała wartość światowego PKB. W tej sytuacji w obawie przed inflacją szef FED, Alan Greenspan, rozpoczął podnoszenie stóp procentowych, które ostatecznie osiągnęły poziom 5 proc. Dla ludzi, którzy zaciągnęli kredyty hipoteczne na 1 proc., oznaczało to najczęściej niewypłacalność. Banki przejmowały ich domy i natychmiast wystawiały je na sprzedaż, co powodowało spadek cen nieruchomości. W konsekwencji te same banki żądały od kredytobiorców dodatkowych zabezpieczeń. Kto ich nie miał — tracił dom, a to znów zwiększało podaż nieruchomości i kolejny spadek ich cen. Do tej spirali dołączyło się pęknięcie bańki instrument pochodnych, no i tak zaczął się kryzys. 15 września 2008 r. bankructwo ogłosił bank Lehman Brothers, który bardzo wiele środków zainwestował w instrumenty pochodne związane z rynkiem nieruchomości. Gdy ich wartość zaczęła spadać, rozpoczął ich gwałtowną wyprzedawać, co jednak tyko pogarszało jego sytuację.

Jak to więc stało się, że Polska wyszła z tego kryzysu w miarę obronną ręką. Zdaniem Petru złożyły się na to trzy czynniki:

  1. osłabił się kurs złotego, co wpłynęło pozytywnie na wynik eksportu i jednocześnie ograniczyło import,
  2. zadziałały wcześniej zaplanowane obniżki składek i podatków,
  3. nastąpił wzrost inwestycji publicznych (finansowanych w dużej mierze ze środków unijnych, przyp. mój).

Tak więc — zdaniem Ryszarda Petru — „sukces polskiej ‘zielonej wyspy’ nie wynikał z przygotowanego i zrealizowanego planu.”

To wszystko, co napisałem powyżej, to oczywiście obraz bardzo przeze mnie uproszczony. Kto więc chce dowiedzieć się więcej — a przede wszystkim więcej zrozumieć — niech sięgnie po książkę. Znajdzie w niej dwie warstwy wiedzy różniące się stopniem zaawansowania. Jedna, przeznaczona dla szerokiego grona czytelników i druga — złożoną inną czcionką — dla tych, których interesują mechanizmy, szczegóły i fakty. Ci ostatni znajdą wyjaśnienia zjawisk, a także sporo materiału liczbowego gęsto ilustrowanego wykresami.

Strona 1 z 2